Winny krzew i latorośle…

Praca, praca, praca… czytanie, pisanie – brakuje czasu na pisanie bloga.:) Zatem podzielę się słowem, ktore głosilem dziś na kazniu w czasie mszy.:)

Kolejna niedziela wielkanocna kieruje nasze myśli i naszą pamięć ku kolejnemu obrazowi, którym posłużył się Jezus w swoim nauczaniu. To obraz winnego krzewu i latorośli.

Podobnie jak w przypadku obrazu dobrego pasterza, wracamy do metafory winnego krzewu w okresie wielkanocnym, ponieważ dopiero teraz możemy ją w pełni zrozumieć. Jesteśmy jak apostołowie, Maryja i kobiety, którzy w początkach Kościoła zapewne wspominali wszystkie słowa i czyny Jezusa, starając się zrozumieć ich wymowę w świetle jego śmierci, zmartwychwstania i wniebowstąpienia – tak zrodziły się ewangelie.

Obraz winnego krzewu powracający w okresie wielkanocnym ma bardzo głęboką treść i znaczenie. Jesteśmy po ostatniej wieczerzy, w czasie której Jezus ustanawia sakrament chleba i wina – sakrament swojego ciała i krwi, pokarmu karmiącego i ożywiającego Kościół. Jesteśmy po męce i śmierci Jezusa na krzyżu, w czasie której z ran i boku Jezusa popłynęła życiodajna krew i woda.

A zatem nasze trwanie w krzewie winnym, którym jest sam Jezus ma bardzo konkretny, fizyczny, sakramentalny wymiar. To raz jeszcze kładzie nacisk na głębię miłości, jedności i przyjaźni do jakiej zaprasza nas Jezus. On pragnie abyśmy byli w niego wszczepieni, w nim zakorzenieni, aby płynęła w nas ta sama życiodajna krew, którą on przelał za nas!!!

Czy jest większa jedność ponad tę, do której zaprasza Jezus? Jednak ta jedność jest też zależnością. Pan Jezus mówi wprost o pełnej zależności od niego – Podobnie jak latorośl nie może przynosić owocu sama z siebie – o ile nie trwa w winnym krzewie – tak samo i wy, jeżeli we Mnie trwać nie będziecie. (…) Beze Mnie nic nie możecie uczynić. To słodkie jarzmo zależności, które trzeba przyjąć w pokorze i wolności.

Ten obraz jest jednocześnie bardzo wymagający. Pan Jezus mówi o konieczności weryfikacji naszej wiary, naszego trwania w nim, naszego owocowania. Każdą latorośl, która we Mnie nie przynosi owocu, [Bóg Ojciec] odcina, a każdą, która przynosi owoc, oczyszcza, aby przynosiła owoc obfitszy. Nasze czyny mają konsekwencje i decydują o naszym zbawieniu!!!

Na czym wobec tego polega ten chrześcijański owoc i owocowanie naszej wiary? Odpowiedź znajdujemy w czytaniu z 1 Listu św. Jana: na wypełnianiu przykazań Jezusa. I nie chodzi tu tylko o Dziesięcioro Przykazań. Jan pisze: Przykazanie Jego zaś jest takie, żebyśmy wierzyli w imię Jezusa Chrystusa i miłowali się wzajemnie. Najpierw wiara!!! Z autentycznej wiary wynika ufność i nadzieja, oraz płynący z nich pokój. Owocem wiary jest miłość!!! Natomiast z miłości wynika czyn i prawda!!!

Jakie są owoce mojego trwania w Jezusie??? Czy autentycznie wierzę i czy moja wiara rodzi ufność, nadzieję i autentyczną miłość??? Św. Jan nie owija w bawełnę – mówi otwarcie: Dzieci, nie miłujmy słowem i językiem, ale czynem i prawdą!

Tu chodzi o całą mozaikę wydarzeń, spotkań, słów, gestów i czynów mojego codziennego życia. Wszystkie one mogą nieść autentyczną miłość – rozumiejącą, przebaczającą – ale też wymagającą – przeciwieństwem miłości jest niechęć, nieufność, podejrzliwość, odrzucenie…

Jeśli moja miłość jest kulawa i niedoskonała, silniejsza w słowie niż w czynie i moje własne serce mnie oskarża św. Jan mówi: A jeśli nasze serce oskarża nas, to Bóg jest większy od naszego serca i zna wszystko. Tylko on może uzdolnić mnie do miłości – jeśli szczerze i autentycznie trwam w winnym krzewie!!!

Gdy czytamy dziś zachętę Jana, który mówi Dzieci, nie miłujmy słowem i językiem, ale czynem i prawdą! – trudno nie myśleć o męczennikach chrześcijańskich naszych czasów. Mamy xxi wiek, co 5 minut na świecie chrześcijanin oddaje życie za wiarę w Jezusa – razem ponad 100 tyś chrześcijan rocznie – 80% osób prześladowanych z powodu wyznawanej wiary to chrześcijanie.

Męczennicy to ci, którzy miłują czynem i prawdą!!! Ich krew nigdy nie jest przelana na darmo. Z niej oradza się Kościół. W czytaniu z Dziejów Apostolskich spotykamy dziś Pawała – jednego z największych prześladowców chrześcijan – zaraz po jego nawróceniu – widzimy z jak wielkim niedowierzaniem i lękiem podchodzą do jego osoby chrześcijanie w Jerozolimie.

Krew chrześcijan, którą Paweł miał na sumieniu zrodziła go do wiary!!! Taka jest moc krwi Jezusa, taka jest moc łaski Boga.

Wytrwajcie we Mnie, a Ja /będę trwał/ w was. (…) Jeżeli we Mnie trwać będziecie, a słowa moje w was, poproście, o cokolwiek chcecie, a to wam się spełni. Ojciec mój przez to dozna chwały, że owoc obfity przyniesiecie i staniecie się moimi uczniami.

Obyśmy potrafili autentycznie trwać w Jezusie, obyśmy prawdziwie przynosili owoc naszej wiary!!!

Krakow – Rzeszów – Innsbruck

Chyba większość z nas, u progu wielkiego postu, ma nadzieję na znalezienie w tym okresie liturgicznym czasu na modlitwę, zatrzymanie się, głębsze spojrzenie na siebie, na swoje życie, relacje z innymi… Po raz kolejny okazuje się jednak, że wszystko właśnie teraz dziwnie przyśpiesza i nasze poszukiwanie ciszy i modlitwy kontemplacyjnej z konieczności odbywa się w atmosferze niepokoju terminów i obowiązków, które na siebie przyjęliśmy.

W czasie minionych 4 tygodni wielkiego postu wygłosiłem dwie serie rekolekcji, przygotowałem promocję miesięcznika W drodze w polskich wspólnotach w Martinez i w Sacramento, zaliczyłem jednodniowy wyjazd na narty z harcerzami nad jeziorem Lake Tahoe, napisałem 6 rozdział doktoratu oraz tekst wystąpienia na konferencję w Insbruku, razem z prezentacją multimedialną, która będzie mu towarzyszyć. Abstrakt mojego wystąpienia (po angielsku) można przeczytać na moim blogu.

Jeśli udało mi się ocalić w tym wszystkim „ducha wielkigo postu”, to stało się to „między wierszami”. Przez post, rezygnację ze słuchania muzyki, a więc pracę w ciszy i milczeniu, uczestnictwo w drodze krzyżowej i śpiewaniu gorzkich żali – samemu, w niedzielne popołudnia, w naszym klasztornym ogrodzie.

Ostatnie dwa tygodnie wielkiego postu zapowiadają się nadzwyczaj intensywnie. Już jutro lecę do Krakowa, później czeka mnie wizyta w Rzeszowie i u dziadków, powrót do Krakowa, następnie lot do Insbruka na konferencę. Do San Francisco wracam pierwszym porannym lotem w wielki czwartek, tak aby móc rozpocząć Triduum we wspólnocie polskiej w Martinez. Po raz pierwszy w życiu spoczywa na mnie obowiązek przygotowania całego Triduum. Więc jest mega intensywnie.

Tymczasem dziś wkraczamy w drugą fazę wielkiego postu…

Przez pierwsze cztery tygodnie wielkiego postu liturgia koncentrowała się na kwestii naszego nawrócenia i przemiany życia. Poprzez wybór czytań i teksty modlitw mszalnych Kościół starał się nas wspierać w podejmowaniu dzieła nawrócenia i postanowień wielkopostnych. W 1 niedzielę wielkiego postu liturgia zachęcała nas by nasz trud wyrzeczeń łączyć z trudem Jezusa kuszonego na pustyni. W 2 niedzielę wielkiego postu w przemienionym obliczu Jezusa mogliśmy ujrzeć rąbek chwały nieba, która jest nagrodą za wierność i nieustanne dzieło nawrócenia w naszym życiu. 3 niedziela wielkiego postu ukazała nam radykalizm Jezusa pragnącego oczyścić nasze serce przywracając nam godność dzieci Bożych – na wzór oczyszczenia świątyni ze sprzedawców i bankierów. Wreszcie w ostatnią, 4 niedzielę wielkiego postu, usłyszeliśmy o rozmiarach nieskończonej miłości Boga, który Tak (…) umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. (J 3,16).

Począwszy od dzieisjszej, 5 niedzieli wielkiego postu liturgia kieruje naszą uwagę na osobę Pana Jezusa. Najbliższe dwa tygodnie, których kulminacją będzie Triduum Paschalne to czas medytowania i kontemplowania osoby Jezusa, jego śmierci i zmartwychwstania.

Od dziś pieśni liturgiczne koncentrują się na męce Jezusa, prefacja w modlitwie eucharystycznej – którą kapłan śpiewa przed śpiewem święty x3 przed przeistoczeniem – także mówi o męce Jezusa (wcześniej mówiła o dziełach pokuty i nawrócenia).

Zasłaniamy też krzyże w kosciołach. To dlatego, że przyzwyczailiśmy się do wizerunku umęczonego i ukrzyżowanego Jezusa. Zasłaniając krzyż na dwa tygodnie chcemy w nowy sposób spojrzeć na oblicze umierającego Jezusa w Wielki Piątek, kiedy ten krzyż będzie na nowo odsłonięty.

Wszystko to po to aby pomóc nam wejść w tajemnicę kontemplacji śmierci i zmartwychwstania Jezusa. Kontemplacja to miłosne i bezinteresowne trwanie przy Jezusie, które otwiera nas na przyjęcie w nowy sposób prawdy i tajemnicy zbawienia i odkupienia. To cel całego okresu WP i Wielkanocy – abyśmy przyjęli dar zbawienia.

Jaka jest zatem treść i przesłanie tej niedzieli – pierwszej niedzieli drugiej części WP, która koncentruje się na męce Jezusa?

Spójrzmy najpierw na drugie czytanie z listu do Hebrajczyków. Jego autor stara się zrozumieć to, co działo się z Jezusem kiedy stanął twarzą w twarz z perspektywą śmierci: Chrystus głośnym wołaniem i płaczem za dni ciała swego zanosił gorące prośby i błagania do Tego, który mógł Go wybawić od śmierci. Autor Hbr nawiązuje do dramatu modlitwy Jezusa w w Ogrójcu, w przeddzień jego śmierci. Abba, Ojcze, dla Ciebie wszystko jest możliwe, zabierz ten kielich ode Mnie. (Mk 14,36)

Autor Hbr wraca do tej dramatycznej modlitwy Jezusa i dodaje, że Jezus został wysłuchany dzięki swej uległości. Ale jak to? Jak można mówić, że został wysłuchany, kiedy przecież następnego dnia umarł na krzyżu?

A jednak autor Hbr ma rację. Jezus istotnie został wysłuchany. Ostatecznie został wybawiony od śmierci przez zmartwychwstanie, które przynosi to samo wybawienie i nową nadzieję dla nas wszystkich.

Jezus istotnie został wysłuchany dzięki swej uległości. To właśnie dzięki słowom Jezusa z ogrodu oliwnego: Wszakże nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie – dzięki posłuszeństwu Jezusa w cierpieniu i śmierci świat ujrzał poranek zmartwychwstania. To właśnie dzieki temu, że Jezus wszystko wykonał, stał się sprawcą zbawienia wiecznego dla wszystkich, którzy Go słuchają.

To właśnie w ten sposób – w osobie Jezusa – jego śmierci i zmartwychwstaniu – w pełni i ostatecznie spełnia się zapowiedź proroka Jr, którą przywołuje pierwsze czytanie – zapowiedź nowego przymierza – przymierza, w którym Bóg prawdziwie umieszcza swoje prawo miłości w głębi naszego jestestwa i wypisuje je na naszych sercach (…) odpuszcza nasze występki i nie wspomina o naszych grzechach.

Jednak zawarcie przymierza wymaga świadomej decyzji i zgody obu stron. Sedno dzisiejszego Słowa Bożego to obraz Jezusa, który pomimo lęku (przeżywanego przezeń w jego ludzkiej naturze) ŚWIADOMIE podejmuje decyzję oddania życia za nas: Teraz dusza moja doznała lęku i cóż mam powiedzieć? Ojcze, wybaw Mnie od tej godziny. Nie, właśnie dlatego przyszedłem na tę godzinę. Ojcze, wsław Twoje imię.

W 10 rozdziale tej samej ewangelii Jana – w obrazie dobrego pasterza – Jezus mówi bardzo wyraźnie: Ja życie moje oddaję, aby je [potem] znów odzyskać. Nikt Mi go nie zabiera, lecz Ja od siebie je oddaję. Mam moc je oddać i mam moc je znów odzyskać. Taki nakaz otrzymałem od mojego Ojca. (J 10,17-18)

Mimo tego, że po ludzku Jezus wygląda jak zwykły bezsilny i przegrany skazaniec, w głębi swego serca Jezus w pełni decyduje o sobie i świadomie oddaje swoje życie za zbawienie świata.

A zatem, po stronie Pana Boga widzimy gotowość i chęć do wejścia w ostateczne przymierze z człowiekiem. A jak jest po naszej stronie? Cały okres wielkiego postu i Wielkanocy są tak naprawdę zaproszeniem, żebyśmy opowiedzieli się za Jezusem, abyśmy świadomie wybrali Jezusa jako Pana i Zbawiciela, jako Pana naszego życia.

To jest także ostateczny cel naszej medytacji męki i śmierci Jezusa, do której zaprasza nas Kościół przez najbliższe dwa tygodnie. Czas Świętego Triduum Paschalnego jest uprzywilejowaną przestrzenią na podjęcie decyzji kroczenia przez życie z Jezusem, szansą wyboru Jezusa na Pana naszego życia.

Pytanie: Czy autentycznie pragnę zawarcia przymierza z Bogiem, przymierza, które umieści Jego prawo w głębi mojego jestestwa i wypisze je na moim sercu?

A kto by chciał Mi służyć, niech idzie na Mną, a gdzie Ja jestem, tam będzie i mój sługa. A jeśli ktoś Mi służy, uczci go mój Ojciec.

Czy pragnę autentycznie kroczyć za Jezusem w moim życiu? Oto teraz czas upragniony, oto teraz dzień zbawienia – 2 Kor 6,2. To słowa, które usłyszeliśmy w środę popielcową. Teraz jest czas decyzji… czas wyboru…

The healing power of Jesus…

Czyż nie do bojowania podobny byt człowieka? Czy nie pędzi on dni jak najemnik? Jak niewolnik, co wzdycha do cienia, jak robotnik, co czeka zapłaty. Zyskałem miesiące męczarni, przeznaczono mi noce udręki. Położę się, mówiąc do siebie: Kiedyż zaświta i wstanę? Lecz noc wiecznością się staje i boleść mną targa do zmroku. Czas leci jak tkackie czółenko i przemija bez nadziei. Wspomnij, że dni me jak powiew. Ponownie oko me szczęścia nie zazna. (Hi 7,1-4. 6-7)

Trudno o głębszą i bardziej przejmującą refleksję nad ludzką dolą i niedolą w PŚ od tej, którą znajdujemy w księgach mądrościowych, a zwłaszcza w księdze Hioba.

I choć prawdziwym nieszczęśnikiem staje się ten, dla kogo takie spojrzenie na życie, którego wyraz znajdujemy w dzisiejszym pierwszym czytaniu, staje się stałym sposobem bycia i myślenia – nie da się ukryć, że na każdego z nas przychodzą chwile i doświadczenia, w których myślimy, że do bojowania podobny byt człowieka… że noc wiecznością się staje i boleść nami targa do zmroku, że nasz czas leci jak tkackie czółenko i przemija bez nadziei, że dni nasze jak powiew, a oko nasze nie zazna już szczęścia…

Obraz Jezusa, który wyłania się z dzisiejszej Ewangelii to obraz Jezusa pochylającego się nad naszą ludzką niedolą i słabością. Obraz Jezusa, do którego ludzie przynoszą wszystkich chorych i opętanych. On ich uzdrawia i uwalnia od złych duchów. To obraz masowych cudów i uzdrowień na który spoglądamy… no właśnie jak? Z tęsknotą, a może z niedowierzaniem?

Jak było naprawdę? Czy Jezus rzeczywiście uzdrawiał całe rzesze? Czy uzdrowił wszystkich, którzy do niego przychodzili? Czy to trwale zmieniło ich życie? Czy uwierzyli w Jezusa? Czemu dziś nie dzieją się takie rzeczy?

A może jest tak, że ważniejsza od wszelkich cudów i uzdrowień Jezusa była Jego nocna modlitwa na pustyni do Ojca. Być może mówił wtedy Bogu Ojcu o tych, którzy nie przyszli do niego z powodu niewiary i nieufności, o tych, których ciało uzdrowił – widząc jednocześnie chorobę ich duszy i towarzyszący jej brak woli nawrócenia, być może mówił Bogu Ojcu o bólu, cierpieniu i płaczu całej ziemi – wszystkich tych, którzy fizycznie nie mogli do niego przyjść?

Jedna z największych tajemnic – jeden z największych paradoksów naszej wiary i osoby Jezusa polega na tym, że będąc na ziemi, objawiając swoją Boską moc Jezus uzdrowił tylko niektórych – natomiast przyjmując ludzką słabość i cierpienie – Jezus stał się przyjacielem wszystkich.

To właśnie w tajemnicy śmierci i zmartwychwstania – a nie cudów i uzdrowień – Jezus staje się prawdziwie – mówiąc słowami św. Pawła – wszystkim dla wszystkich.

Jezus pragnie nie tyle usunąć nasze cierpienie, co wziąć na siebie nasze słabości i nosić nasze choroby – jak mówi cytat z Mt 8,17 (por. Iz 53,4) w wersecie przed ewangelią: Jezus wziął na siebie nasze słabości i nosił nasze choroby.

Czyni to dlatego, że w ten sposób rodzi się między nim a każdym z nas więź przyjaźni, relacja miłości, relacja która pozwala nam przyjąć Jego łaskę w prawdziwej wolności, relacja otwierająca nas na perspektywę nawrócenia, drogę do świętości.

Warto dziś zapytać samego siebie… W jaki sposób patrzę na Jezusa? Czego od niego oczekuję? Czy nie jest tak, że często widzę w nim głównie cudotwórcę, który ma moc uzdrowić moje ciało? Czy nie jest tak, że widzę w nim Boga, do którego biegnę tylko w potrzebie (jak trwoga to do Boga)? Czy nie jest tak, że mam przed oczyma jedynie obraz spektakularnych i cudownych uzdrowień?

Trzeba abyśmy zobaczyli w tej Ewangelii także Jezusa modlącego się nocą na pustyni do Ojca. Jezusa, który przynosi Ojcu każdą i każdego z nas prosząc byśmy mieli odwagę stać się Jego przyjaciółmi, abyśmy weszli na drogę nawrócenia i przemiany serca.

Tydzień temu mówiłem, że w Eucharystii (i pozostałych sakramentach Kościoła) – tu i teraz – objawia się ta sama moc Jezusa, która uzdrawiała chorych i uwalniała ich od złych duchów.

Dziś pragnę dodać, że jednocześnie, w Eucharystii – tu i teraz – Jezus przyjmuje w pokorze nasze cierpienie, ból i słabość – to cierpienie, które jest nieuzdrowione i rodzi łzy – Jezus przyjmuje je na siebie i przemienia swoją miłością stając się przyjacielem wszystkich.

——–

Jak skończyła się historia Hioba? Każdy z nas pamięta o tym, że Pan Bóg przywrócił go do poprzedniego stanu powiększając dwukrotnie jego majątek.

Mało kto pamięta o tym, że zanim to się stało, Hiob, w samym środku swego bólu, cierpienia, płaczu i lamentu, złamany i udręczony, odkrywa w swoim życiu obecność Pana Boga w sposób, który nieskończenie przekracza to, co wcześniej o Bogu wiedział i co o nim myślał.

W samym sercu bólu i cierpienia Hiob staje się prawdziwym przyjacielem Boga, i mówi: Dotąd Cię znałem ze słyszenia, teraz ujrzało Cię moje oko. (Hi 42,5)

Tego samego pragnie dla nas Bóg, biorąc na siebie nasze cierpienie w Jezusie, w czasie każdej Eucharystii.

!Nuestra Virgen de Guadalupe! Ruega por nosotros…

Pomnij, o Najłaskawsza Dziewico z Guadalupe, że ukazując się cudownie na górze Tepeyac, przyrzekłaś ukazać Swoje współczucie i litość dla tych, którzy Cię kochają i Tobie ufają, którzy szukają Twojej pomocy i zwracają się do Ciebie w swoich potrzebach i cierpieniach. Obiecałaś przychylić się do naszych próśb, otrzeć nasze łzy i dać nam pociechę i wyzwolenie. Nigdy nie słyszano, aby ktokolwiek uciekając się pod Twoją obronę, błagał Twojej pomocy, szukał Twego wstawiennictwa, dla innych, czy też dla siebie, był przez Ciebie opuszczony. Tą nadzieją ożywieni, uciekamy się do Ciebie, Maryi, Dziewiczej Matki prawdziwego Boga. Wyrażając żal za nasze grzechy, padamy przed Twoją świętą obecnością, pewni, że Ty okażesz nam swoje miłosierne obietnice. Jesteśmy pełni nadziei, że pod Twoimi skrzydłami i Twoją opieką, nic nie może nas złamać i przerazić, że nie musimy się lękać chorób, nieszczęść, czy jakichkolwiek cierpień. Tyś, nasze zdrowie i życie, Ty która jesteś naszą Matką, pragniesz być z nami za pośrednictwem Twego cudownego obrazu. Oddając się Twojej macierzyńskiej opiece i mając Ciebie za naszą ucieczkę w chwilach próby, nie potrzebujemy niczego więcej. Święta Matko Boża, nie gardź naszymi prośbami, ale w swoim miłosierdziu wysłuchaj nasze prośby. Amen.

Międzysemestralna przerwa zimowa dobiegła końca za oknem 18 stopni Celsjusza a wszyscy błagają o deszcz. Zdaje się, że ogromna susza nie daje za wygraną. To dla Kalifornii ogromy cios. Zwłaszcza dla rolników. W Kaliforni produkuje się blisko połowę warzyw i owoców w skali całych Stanów Zjednoczonych.

Czas przerwy na uczelni był dla mnie bardzo intensywny. Podczas gdy w klasztorze w Oakland odbywała się kapituła prowincji i zapadały najważniejsze decyzje dla moich braci na najbliższe lata, ja pomagałem w parafii św. Dominika w San Francisco. Odprawiałem msze święte a poza tym całe dnie spędzałem na pisaniu doktoratu. Napisałem już 4 rozdziały – ok 150 stron. Więc jest dobrze. Jednocześnie wiem, że obecnie wkraczam w trudniejszą fazę – pierwsza dotyczyła historii przyczynowości – druga jest moim wkładem w debatę. Więc będzie się pisało wolniej.

Drugą część przerwy międzysemestralnej spędziłem w Meksyku, gdzie pojechałem z 4 przyjaciółmi z Benicia. Przepiękna wycieczka. Piękny kraj, jednocześnie pełen sprzeczności. Gorące rytmy latynoskiej muzyki, piękni ludzie, jednocześnie ogromna bieda, korupcja, ogromne problemy i zmaganie wielu o lepsze jutro. 4 pierwsze dni spędziliśmy nad oceanem w Cancun. Później polecieliśmy na trzy dni do Mexico City. To największa aglomeracja na świecie – mieszka w niej 20 milionów ludzi. Głównym punktem wizyty był cały dzień spędzony w sanktuarium de Nuestra Senora de Guadalupe – Matki obu Ameryk, która ukazała się w tym miejscu w 1531 roku – roku reformacji w Europie. Szacuje się, że właśnie w tym czasie więcej ludzi nawróciło się na chrześcijaństwo w Ameryce niż w Europie odeszło do Protestantyzmu. Miałem szczęście i przywilej spędzić 1,5 godziny twarzą w trwarz z cudownym wizerunkiem Matki Bożej, dołączyłem się do mszy świętej. Zwiedziliśmy nową bazylikę (mieści 6000 osób), starą bazylikę i kościół na wzgórzu objawienia – Tepeyac. Przepiękne doświadczenie duchowe. Słuchałem spowiedzi pielgrzymów z różnych krajów Ameryki Południowej. To największe sanktuarium na świecie, które rocznie odwiedza więcej pielgrzymów niż Watykan w Rzymie. Naprawdę ma się poczucie, że na wzgórzu Tepeyac bije serce wiary i Kościoła.:)

Odwiedziliśmy też kościół Dominikanów. Autobusem turystycznym zwiedziliśmy najważniejsze zabytki architektury i najważniejsze punkty miasta. A z Cancun pojechaliśmy na wycieczkę do Chichen Itza, gdzie zwiedziliśmy ruiny miasta Majów. Piękny czas, a jednocześnie rodzący mnóstwo pytań o bogactwo pierwszego świata i ubóstwo drugiego i trzeciego, o przyszłość Kościoła i wiary. A wszystko to było mi dane dzięki hojności przyjaciół z Benicia.:) Pan jest wielki. Jest w moim sercu nowy zapał do szlifowania hiszpańskiego – to piękny język, którym mówi tak wiele osób.

We wspólnocie polskiej w Martinez wprowadziłem ważną zmianę liturgiczną. Po dłuższym czasie studiowania liturgii, rozmawiania z braćmi, po doświadczaniu odprawiania przedsoborowego rytu dominikańskiego doszedlem do wniosku, że najlepszym i najwierniejszym soborowi Wat II sposobem sprawowania mszy jest odprawianie jej w nowym rycie jednak z modlitwą Eucharystyczną ad orientem – ku wschodowi, lub we wspólnym z ludem kierunku liturgicznym (gdy kościół nie jest orientowany). Wielu teologów liturgii argumentuje, że taka była intencja soboru, którego dokumenty nie mówią słowa o odwracaniu ołtarza. W coraz większej liczbie kościołów tak właśnie odprawia się mszę. W ubiegłą niedzielę wprowadziłem tę zmianę wraz z odpowiednim wytłumaczeniem w miejscu homilii. W duchu mam nadzieję, że z czasem stanie się to normą w całym kościele.:) Wydaje się, że jest to także pragnienie papieża emeryta Benedykta XVI, który bardzo troszczył się o liturgię.

Bilet do Insbruka kupiony. Trzeba tylko napisać prezentację.:) Rozpoczyna się nowy semestr. Jako wolny słuchacz będę chodził na wykład Michaela Doddsa z antropologii filozoficznej. Poza tym pisanie doktoratu jest głównym celem. Poprawiłem i uaktualniłem mój artykuł na temat teologii Tomasza z Akwinu i wyzwań teorii ewolucji. Jestem z niego bardzo zadowolony, kawał dobrej roboty.:) Tekst ukaże się w Theology and Science w sierpniu tego roku. Poza tym wysłałem do tego samego czasopisma mój artykuł na temat filozofii Arystotelesa i emergentyzmu prof. Deacona, który analizuję w moim doktoracie. Więc naukowo dzieje się dużo ciekawych rzeczy. W Nowym Jorku Dominikanie organizują w czerwcu konferencję na temat filozofii przyrody. Chciałbym pojechać ale czasowo chyba się nie uda. W wielkim poście mam dwie serie rekolekcji. To będzie mega intensywny czas.

A zatem kończę i wracam do pisania, a może zaglądnę do salki telewizyjnej na kawałek Super Bowl.:) Zapraszam do oglądnięcia zdjęć z Meksyku. No i oczywiście nieco latynoskich rytmów. Muzyka Juanes’a chodziła mi po głowie przez całą wycieczkę…:) Zwłasza hit o czarnej koszuli:) oraz piosenka A Dios le pido (piąta piosenka na liście w drugim oknie z YouTube poniżej).

Merry Christmas

Kiedy rozsądni się gorszyli
Bóg wszechmogący stał się ludzkim dzieckiem
z wyciągniętymi bezradnie rękami
i świat się wcale nie zawalił
ale zgarbiony uśmiechnął się i zaczął się prostować.

x. Jan Twardowski

Tak wiele słów i życzeń słyszymy w tych dniach od wszystkich wokoło. Dlatego też moje życzenia będą proste. Chciałbym życzyć nam wszystkim tego, aby nasz zgarbiony świat uśmiechnął się i zaczął się prostować.:) I nie dajmy sobie zbyt łatwo wmówić, że już po świętach. Oktawa Bożego Narodzenia trwa a z nią czas łaski!!!

————

Pierwsze dni świąt upłynęły w pokoju. Pomimo obowiązków duszpasterskich udało mi się nieco odpocząć. Po raz pierwszy w życiu odprawiałem pasterkę i głosiłem na niej kazanie.:) Mszę w pierwszy dzień świąt (jak również pasterkę) odprawiłem w Martinez dla polskiej wspólnoty. Udało mi się też pokolędować przy gitarze z br. Marcinem, co dało nam wiele radości. Kolędowaniem zakończyliśmy też wieczerzę wigilijną, któą spędziliśmy z Justyną i Thomasem w Berkeley. Było po polsku – na ile to możliwe – jeśli chodzi o potrawy.

Generalnie świąteczny czas jest pełen pokoju. To dobrze… o to prosiłem Pana Boga w adwencie. Udało mi się spotkać na skype z rodziną. Dziękuję za wszelką pamięć, kartki, życzenia.:) I niech pokój Jezusa na dobre w nas zagości.

Fiat…

Tematem czy też słowem – kluczem, które towarzyszyło mi w tegorocznym adwencie jest słowo „czuwajcie.” W związku z tym ostatnia część rekolekcji, które głoszę w niedziele adwentu dla polskiej wspólnoty w Martinez, koncentruje się na tematyce czuwania. A wszystko to w kontekście słów samego Jezusa z pierwszej niedzieli tegorocznego adwentu – słów zapraszających nas do czuwania: Czuwajcie, bo nie wiecie kiedy Pan wasz przyjdzie. W ramach dwóch poprzednich konferencji zastanawiałem się nad tym, jakie powinno być nasze czuwanie adwentowe.

Mówiłem o tym nasza czujność powinna być pełna nadziei i głębokich pragnień? Że powinna być pozytywna, radosna, otwarta na nowe sposoby działania łaski Bożej, otwarta na nowe wkroczenie Pana Boga w historię naszego życia? Czujność wyczekująca autentycznej przemiany? Czujność, która pozwala nam wierzyć, że coś nowego i pięknego może wydarzyć się w te święta?

W ostatnią – 4 niedzielę adwentu – jesteśmy zaproszeni do tego, aby przyglądać się i kontemplować czujność Maryi. Ta ewangelia powinna nas onieśmielać, powinna wprowadzać nas w zakłopotanie. Oto Maryja dzieli się z nami najintymniejszą przestrzenią swojego spotkania z Panem Bogiem, opowiada nam o najbardziej niezwykłym i najgłębszym doświadczeniu obecności Boga w jej życiu.

Jakie jest czuwanie Maryi i czego nas ono uczy? Jaka jest ostatnia rada, ostatnia lekcja czuwania dla nas przed świętami Bożego Narodzenia? Czuwanie Maryi to takie czuwanie, które pozwala jej usłyszeć i rozpoznać słowa zaproszenia i obietnicy ze strony Boga. To także czuwanie, które pozwala jej przyjąć zaproszenie i obietnicę, która staje się zupełnie nowym sposobem obecności Boga wśród nas. Oto Maryja pocznie syna jako dziewica, pocznie Boga i człowieka. O czymś takim świat jeszcze nie słyszał.

Czujność Maryi pomaga jej powiedzieć: Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według twego słowa – fiat – TAK.

Jaki jest zatem sekret czuwania Maryi? Otóż czuwanie Maryi jest całkowicie zanurzone w jej wierze w Pana Boga i z tej wiary wypływa. To niezwykle ważne z dwóch powodów:

1) Czujność wypływająca z wiary przestaje być tylko naszą aktywnością i zaangażowaniem. Staje się przestrzenią otwartości naszego serca, która jest dziełem Boga i otwiera nas na Niego.

2) Czujność wypływająca z wiary jest czujnością tu i teraz – ale cechuje ją także pełnia akceptacja przeszłości i pełne nadziei spojrzenie w przyszłość.

List do Hebrajczyków (11,1) podaje definicję wiary mówiąc, że Wiara jest poręką tych dóbr, których się spodziewamy, dowodem tych rzeczywistości, których nie widzimy. Jest zatem w wierze aspekt teraźniejszości – wierzę tu i teraz. Jest aspekt przyszłości – wiara jest poręką tych dóbr których się spodziewamy: poręka – gr. hypostasis – łać. substantia – oznacza kosztowanie już teraz tego, co w pełni będzie nam dane w wieczności. Jest wreszcie w wierze aspekt przeszłości – wiara nie rodzi się inaczej jak tylko we wspólnocie, która ma swoją historię – dlatego też następne wersety 11 rozdziału Hbr to opowieść o wierze przodków, od Abla, Noego i Abrahama po męczenników z czasów Machabeuszy, czyli z czasów bliskich narodzeniu Jezusa.

Chciałbym dziś – przyglądając się postawie Maryi w scenie zwiastowania – mówić o konieczności zanurzenia naszej czujności w wierze, i w związku z tym o konieczności bycia tu i teraz – z pełnią akceptacji przeszłości i pełnym nadziei spojrzeniem w przyszłość.

Przeszłość

Zacznijmy od przeszłości. Aby być tu i teraz potrzeba uporać się z naszą przeszłością. I tu czyhają na nas trzy pułapki. Pierwsza z nich to idealizowanie przeszłości. Któż z nas nie słyszał lub nie przyłapał się na takiej postawie, która bezkrytycznie idealizuje przeszłość. Kiedyś to było lepiej, ludzie byli bardziej życzliwi, bardziej otwarci, potrafiliśmy sobie pomagać, człowiek był młody i piękny, nic nie bolało i w stawach nie strzykało, i Kościół był inny, księża pobożniejsi, liturgia dostojniejsza, ludzie głębiej wierzyli, więcej się modlili. A już na pewno młodzież była grzeczniejsza i kulturalniejsza.:)

Może trudno nam w to uwierzyć, ale spotkałem się wśród moich najbliższych, którzy ze wszystkich sił walczyli z komunizmem, z opinią, że za komuny to było lepiej. Potrafimy w tak bardzo bezkrytyczny sposób idealizować przeszłość.

Możemy patrzeć na taką postawę z przymrużeniem oka, ale ona staje się niebezpieczna, gdy nie pozwala nam żyć tu i teraz. Stajemy się jak Izraelici na pustyni, którzy tęsknią za Egiptem, w którym jedli cebulę i czosnek – a tu tylko manna i przepiórki, nuda i monotonia. Zgadzając się na taki sposób myślenia, uciekamy przed teraźniejszością, deprecjonując ją. Teraźniejszość jest inna, być może trudniejsza w pewnych aspektach i bardziej wymagająca, ale to na nią mamy wpływ i to o niej możemy decydować, w niej dokonujemy konkretnych wyborów.

A zatem pierwsze pytanie – czy nie żyję przeszłością w sposób, który ją idealizuje i przez to zniewala mnie nie pozwalając mi być tu i teraz?

Druga pułapka przeszłości jest o wiele bardziej niebezpieczna. Związana jest z przeszłością trudną, opłakaną, bolesną, rodzącą wstyd i hańbę, do której trudno się przyznać, przed którą trudno uciec, ale trudno się z nią też skonfrontować. To może być grzech, ciężki grzech, który choć wyspowiadany wciąż nam ciąży, do którego wracamy w myślach, na modlitwie i w spowiedzi. To może być jakaś forma niewybaczenia sobie samemu, niepełnego przyjęcia przebaczenia od Pana Boga.

To może być zranienie z przeszłości, które wyryło się na naszym jestestwie, które stało się naszym krzyżem, które nas zmieniło w nieodwracalny sposób, stało się naszym ciężarem. Brak przebaczenia tym, którzy nas skrzywdzili.

Konfrontacja z trudną przeszłością może rodzić pokusę ciągłego rozpamiętywania i rozgrzebywania ran, bądź pokusę odcięcia się od przeszłości, pokusę niepamięci. Kłopot w tym, że obie postawy są zgubne. Ciągłe rozpamiętywanie bolesnej przeszłości prowadzi do rozpaczy. Natomiast ten, kto nie chce pamiętać ran i błędów przeszłości jest skazany na popełnienie ich po raz kolejny.

Nasza wiara i nawrócenie nie mają prowadzić ani do rozpaczy ani do wymazywania bolesnej przeszłości z pamięci – nasza wiara, a z nią także nasze nawrócenie, mają być – jak mówi katechizm – osobowym przylgnięciem do Pana Boga, przylgnięciem naszego rozumu, woli i pamięci, które pozwoli nam nie tylko przyjąć przebaczenie tu i teraz, ale także zobaczyć, że w pośrodku naszego upadku – już wtedy – był przy nas Bóg z nadzieją i łaską nawrócenia. Takie spojrzenie pomaga nam wrócić do bolesnych chwil i znaleźć uzdrowienie i ukojenie płynące z wiary.

Wreszcie trzecia pułapka związana z przeszłością, to pułapka braku szacunku dla przeszłości, tradycji, wydarzeń, które ukształtowały nas, naszych przodków, wydarzeń radosnych i bolesnych. Wydarzeń kształtujących nas jako ludzi i jako chrześcijan. Jak wspomniałem wiara nie rodzi się inaczej jak tylko we wspólnocie. Pokusą zwłaszcza ludzi młodych jest brak szacunku dla tradycji i nieumiejętność mądrego i roztropnego przyjęcia tego, co niej wartościowe, nawet jeśli w danej chwili nie do końca to rozumiemy.

Co ciekawe – wracając do Maryi – to właśnie ten aspekt przeszłości wydaje się kluczowy dla wiary i czujności Maryi. Maryja jest w stanie przyjąć zaproszenie i obietnicę bycia mamą Mesjasza dlatego, że zna całą historię wiary i historię tęsknoty jej narodu – Izraela – za Mesjaszem, zna historię Sary, Anny (matki Samuela), matki Samsona, czy swojej krewnej Elżbiety – wszystkie były niepłodne, lecz Bóg uleczył ich niepłodność. W chwili zwiastowania Maryja widzi w nich zapowiedź poczęcia z Ducha Świętego – nowego cudu. To pozwala jej powiedzieć TAK!

A zatem – czuwanie tu i teraz wymaga od nas mądrego spojrzenia w przeszłość, które nie będzie ani jej idealizowaniem, ani pustą rozpaczą i rozpamiętywaniem ran, ani uleganiem pokusie niepamięci o bolesnych wydarzeniach. Spojrzeniem, które jest także pełne szacunku i pokory wobec tego, co kształtuje naszą tożsamość jako ludzi, jako chrześcijan.

Przyszłość

Czuwanie tu i teraz wymaga także mądrego spojrzenia w przyszłość. I tu czekają na nas dwie pułapki. Pierwszą z nich jest takie życie przyszłością, które zaniedbuje teraźniejszość, albo – co gorsze – sprawia, że usprawiedliwiamy nasze niewłaściwe postępowanie w chwili obecnej ze względu na przyszłe dobro do którego dążymy.

To postawa tych, którzy troszcząc się o lepsze jutro zaniedbują dziś. Dążenie do rozwoju zawodowego, lepszej pracy, lepszego stanowiska, awansu, zapewnienia lepszego jutra rodzinie, dzieciom – spirala, która sprawia, że nie ma mnie tu i teraz, że jestem w stanie poświęcić przyjaźnie i zrezygnować z postawy uczciwości, aby osiągnąć cel.

To samo może dotyczyć ludzi młodych, szkoły, uczelni, które mogą nas wciągnąć w pokusę chorego współzawodnictwa, zazdrości i porównywania się z innymi, które odbierają całą radość młodości i niszczą nasze przyjaźnie w imię lepszego jutra i lepszego startu w dorosłość. Nie pozwalają nam żyć tu i teraz.

Druga pułapka to lęk przed przyszłością. Lęk przed niewiadomą, przed koniecznością podjęcia ryzyka. Przychodzi tu na myśl trzeci sługa z ewangelii o talentach, który otrzymał jeden talent i z lęku przed jutrem i przyszłością, z lęku przed koniecznością ryzyka, zakopał pieniądze swego pana w ziemi. Takie postępowanie to grzech małoduszności, braku wdzięczności i gotowości wykorzystania darów i talentów, które dał nam Bóg.

Wracając do Maryi dostrzegamy, że jej gotowość przyjęcia zaproszenia i obietnicy w scenie zwiastowania opiera się na jej wierze, która ma właściwy stosunek do przyszłości. Z jednej strony nie jest ucieczką w przyszłość i pogonią za sławą. Maryja jest pełna pokory – zmieszała się na słowa Gabriela mówiącego, że jest pełna łaski – jak nikt inny z ludzi. Z drugiej strony w swojej wierze Maryja nie lęka się przyszłości, zgadza się najbardziej nieprawdopodobny scenariusz swojego życia – ma się stać brzemienną za sprawą Ducha Świętego i urodzić Syna Bożego.

Podsumowanie

Przyglądając się czuwaniu Maryi, widzimy, że sekretem jej czuwania jest to, że wypływa ono z wiary, dzięki czemu staje się czuwaniem tu i teraz, z właściwym odniesieniem do przeszłości i wychyleniem w przyszłość.

To ostatnia lekcja czuwania dla nas. Zróbmy wszystko, aby nasze oczekiwanie na Jezusa i nasze czuwanie rzeczywiście wypływało z naszej wiary, aby było świadomym czuwaniem tu i teraz, aby było oparte na mądrym spojrzeniu w przeszłość i pełnym dobrej nadziei spojrzeniu w przyszłość.

Tylko takie czuwanie pozwoli nam spotkać na nowo Pana Jezusa w czasie świąt Bożego Narodzenia, pozwoli odkryć Jego obecność w nas samych, w naszych najbliższych, we wspólnocie, którą tworzymy, w liturgii, którą wspólnie sprawujemy.

CZUWAJMY!!!

The voice in the desert…

Tagi

Dotarliśmy do trzeciej niedzieli adwentu, która stawia przed nami nie lada wyzwanie.

W pierwszą niedzielę adwentu mówiliśmy o zaproszeniu do czuwania, o tym, że Pan Bóg wkracza w nasz ziemski czas chronos (który potrafimy precyzyjnie mierzyć) z łaską swojej obecności i objawienia, które rządzi się swoimi prawami i którego nadejścia nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Mówiliśmy o kairos, czasie Bożego nawiedzenia, którego nadejście zależy w pełni od wolności Pana Boga. Stąd potrzeba czujności.

W drugą niedzielę adwentu spotkaliśmy Jana Chrzciciela. Przyglądaliśmy się najpierw tym, którzy przychodzili go słuchać i przyjmowali od niego chrzest. Mówiliśmy o tym, że warto brać przykład z ich postawy pełnej wyczekiwania i tęsknoty za pełnią prawdy, zbawienia, miłości, szczęścia, wolności. Mówiliśmy o tym, że warto pragnąć czegoś więcej niż przewidywalnej i względnie bezpiecznej codzienności i zaspokojenia naszych materialnych potrzeb i kaprysów. Mówiliśmy też o potrzebie wyjścia na pustynię adwentu, w sercu której płyną wody naszego chrztu, o potrzebie odkrycia na nowo naszej godności chrześcijan, którą Pan Bóg odnawia w sakramencie pokuty i spowiedzi, o potrzebie prostowania ścieżek naszego życia przed nadejściem Mesjasza.

Mamy zatem całą listę zadań i ćwiczeń duchowych do wykonania. One są wciąż aktualne i trzeba o nich przypominać (mamy jeszcze 2 tygodnie na ich realizację). To dobrze, że Pan Bóg i Kościół stawiają przed nami wszystkie te wyzwania. Dobrze, że mamy odwagę o nich mówić. Realne i głębokie życie duchowe wymaga nieustannej czujności oraz realnego zaangażowania i pracy nad sobą.

Nie możemy jednak zapomnieć o tym, że celem tego wszystkiego jest prawdziwa i autentyczna chrześcijańska RADOŚĆ!!!

Dlatego w połowie wędrówki przez czas adwentu obchodzimy niedzielę RADOŚCI – niedzielę GAUDETE. Wspomniałem, że ta niedziela stawia nie lada wyzwanie. To prawda. Przywykliśmy słyszeć w Kościele wezwanie do nawrócenia, do poprawy, do pokuty, do życia według przykazań, do pokory wobec doświadczeń, do cierpliwej i miłosiernej miłości – ale wezwanie do radości??? O tym się w Kościele zbyt często nie słyszy.

Dzieje się tak nie dlatego, że katolicy, a zwłaszcza księża, to smutasy z wyboru. Jeśli nie ma w nas radości, to dlatego, że nasza wiara nie jest autentyczna i nie jesteśmy w nią na serio zaangażowani.

Bo chrześcijańska radość nie jest wymuszonym uśmiechem na twarzy, nie rodzi się z wysiłku naszej woli. Chrześcijańska radość jest postawą serca i duszy, przenikającą całe nasze jestestwo, wszystko to, kim jesteśmy, co myślimy, mówimy i czynimy.

Chrześcijańska radość jest papierkiem lakmusowym naszej wiary i naszej nadziei. Nie da się jej osiągnąć siłą woli. Chrześcijańska radość jest owocem naszego nawrócenia i postępowania drogą wiary, realnego zaangażowania w życie duchowe. Ona promieniuje na całe nasze życie i dotyka ludzi wokół nas.

To dlatego św. Paweł zwracając się do nas w 1Tes słowami Zawsze się radujcie, natychmiast dodaje nieustannie się módlcie! Nie doświadczymy prawdziwej chrześcijańskiej radości, jeśli nasze życie nie jest przeniknięte modlitwą, jeśli nie jest całkowicie zanurzone w modlitwie. Mało tego, W każdym położeniu dziękujcie – wzywa św. Paweł, bo taka jest wola Boża w Jezusie Chrystusie względem was. Nie będziemy w stanie dziękować w każdym położeniu, jeśli nie pójdziemy za radą Pawła, który dodaje Ducha nie gaście, proroctwa nie lekceważcie! Tylko w Duchu Świętym potrafimy patrzeć z nadzieją na najbardziej bolesne wydarzenia naszego życia i na doświadczenie własnej słabości i małości.

Dlatego też, jeśli nie ma w nas autentycznej chrześcijańskiej radości, jeśli tworzymy Kościół ponury i smutny, to dlatego, że jesteśmy nie nawróceni.

Potrafimy mówić dużo o Bogu i wartościach chrześcijańskich, podczas gdy w nas samych są przestrzenie do których nie wpuszczamy światła łaski Bożej. Takie rozdwojenie jest największym zagrożeniem w życiu wiary. Ciche przyzwolenie na nienawrócone zakamarki naszej duszy i naszego jestestwa jest dziełem szatana. Jeśli się na nie zgadzamy jesteśmy najbardziej godni pożałowania i potrzebujemy natychmiastowego nawrócenia i duchowej reanimacji.

Stąd też wezwanie adwentowe do czujności, do otwartości na niespodziewane nadejście i działanie łaski Bożej, wezwanie do wyjścia na pustynię adwentu i zanurzenie się na nowo – poprzez sakrament pokuty – w wodach naszego chrztu, zaproszenie do odnowienia i odkrycia na nowo naszej godności chrześcijańskiej – to wezwanie jest jak najbardziej aktualne.

Wróćmy zatem na pustynię do Jana Chrzciciela, bo o nim znowu mówi dzisiejsza ewangelia. Tym razem czytamy zapis o Janie Chrzcicielu przekazany w ewangelii św. Jana. Słyszymy najpierw krótki fragment wielkiego hymnu o światłości z prologu tej ewangelii, którego całość będziemy rozważać w święta Bożego Narodzenia. Dziś słyszymy jedynie krótki fragment, a w nim jasne i dobitne stwierdzenie, że Jan był posłany przez Boga, że przyszedł zaświadczyć o światłości, oraz że sam nie był światłością.

Tym, co ważne w przekazie Jana, jest jego zapis dialogu faryzeuszów z Janem Chrzcicielem. Ta rozmowa pokazuje radykalny kontrast pomiędzy ludem Izraela a jego duszpasterzami i nauczycielami wiary.

Mówiliśmy o tym, że czujność ludzi przychodzących słuchać Jana Chrzciciela i przyjmujących od niego chrzest była czujnością pełną nadziei i głębokich pragnień. Można powiedzieć, że cechowała ich czujność pozytywna, radosna, czujność otwarta na nowe sposoby działania łaski Bożej, czujność otwarta na nowe wkroczenie Pana Boga w ich życie i ich historię.

Faryzeusze też byli pełni czujności, ale ich czujność jest nieufna i podejrzliwa. Oni są pełni sceptycyzmu wobec nowości. Z jednej strony oczekują zbawienia i nadejścia Mesjasza. Z drugiej strony nie ma w nich otwartości na nowe działanie łaski Bożej, na to, że Bóg może wkroczyć w ich życie w zupełnie nowy sposób.

Dlatego też faryzeusze starają się włożyć Jana Chrzciciela w znane sobie kategorie myślenia. Gdy Jan zaprzeczy, że jest Mesjaszem – znając doskonale proroctwo Malachiasza, w którym Pan Bóg mówi Oto Ja poślę wam proroka Eliasza przed nadejściem dnia Pańskiego (Ml 3,23) – faryzeusze pytają czy Jan jest Eliaszem. Gdy pada odmowna odpowiedź faryzeusze sięgają do zapowiedzi, która padła wiele wieków wcześniej z ust Mojżesza, który powiedział Pan, Bóg twój, wzbudzi dla ciebie proroka spośród twoich braci, podobnego do mnie. Jego będziesz słuchał. (Pwt 18,15) Widząc więc w Janie proroka, który jak nowy Mojżesz prowadzi lud na pustynię, faryzeusze pytają Czy ty jesteś prorokiem? Gdy po raz kolejny słyszą z ust Jana Nie, tracą cierpliwość. Kim jesteś? Czemu chrzcisz, skoro nie jesteś ani Mesjaszem, ani Eliaszem, ani prorokiem? – pytają.

Odpowiedź Jana jest znacząca. Wiedząc, że ma do czynienia z ludźmi świetnie znającymi Pismo Święte Jan powołuje się na słowa proroka Izajasza (Iz 40,3) mówiąc Jam głos wołającego na pustyni: Prostujcie drogę Pańską. W ten sposób Jan udowadnia faryzeuszom, że nie jest samozwańczym sekciarzem, że jego misja wpisuje się w objawienie Boga jedynego.

Jednocześnie Jan pokazuje faryzeuszom ich krótkowzroczność, ich zatwardziałość i uparte trzymanie się utartych szlaków i sposobów myślenia. Pośród was stoi Ten, którego wy nie znacie, który po mnie idzie, a któremu ja nie jestem godzien odwiązać rzemyka u Jego sandała – mówi Jan. Jan wie, że Jezus narodził się w tym samym czasie co on sam i jego nadejście jest bliskie. To prawdziwa obelga – powiedzieć faryzeuszom, że z ich podejściem do spraw Bożych nie są w stanie rozpoznać Mesjasza, którego przyjście rozpoznaje prosty i niewykształcony lud.

———-

DYGRESJA – rzemyk u sandała. To nie tylko podkreślenie wielkości osoby Jezusa, któremu Jan Chrzciciel nie jest godzien służyć. Księga Rut 4,7 mówi o prawie wykupu. To prawo pierwokupu majątku osoby zmarłej należące się najbliższemu krewnemu. Znakiem przypieczętowania wykupu było zdjęcie sandała i oddanie go drugiej stronie kontraktu.

Jezus – Syn Boży stając się człowiekiem stał się naszym krewnym i ma pierwszeństwo wykupu. Tym, co wykupuje jest nie tyle nasz majątek, co dług naszego grzechu. Zdjęcie sandałów i szat w scenie ukrzyżowania jest przypieczętowaniem wykupu. Jednak czas stosowny na ten gest jeszcze nie nadszedł.

———-

Wracając do Jana Chrzciciela, ludu i faryzeuszów, cała ta scena z ewangelii stawia przed nami pytanie o nasze czuwanie adwentowe. Czy nasza czujność jest pełna nadziei i głębokich pragnień? Czy cechuje nas czujność pozytywna, radosna, czujność otwarta na nowe sposoby działania łaski Bożej, czujność otwarta na nowe wkroczenie Pana Boga w historię naszego życia? Czy spodziewamy się autentycznej przemiany? Czy wierzymy, że coś nowego i pięknego może wydarzyć się w te święta?

A może nasza czujność przypomina bardziej czujność faryzeuszów? Nieufną i podejrzliwą, pełną sceptycyzmu wobec nowości, pozbawioną radości i otwartości na nowe działanie łaski Bożej w naszym życiu, czujność odartą z nadziei, która każe nam wątpić w to, że cokolwiek nowego może wydarzyć się w nadchodzące święta.

Pan Bóg zaprasza nas do autentycznej chrześcijańskiej radości. Nie bójmy się o nią zawalczyć w naszym życiu. Teraz jest ku temu stosowny czas, czas adwentu, czas prostowania ścieżek naszego życia przed nadejściem Mesjasza, czas budowania w nas postawy czujności pełnej nadziei i głębokich pragnień, czujności pozytywnej, radosnej, czujności otwartej na nowe wkroczenie Pana Boga w historię naszego życia.

W liście do Galatów (5,22) św. Paweł wylicza owoce Ducha Świętego. (Owocem zaś ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie. Ga 5,22) Pierwsze trzy, na które wskazuje to miłość, radość i pokój. Miłością jest sam Jezus, który przychodzi. Do radości zaprasza nas liturgia dzisiejszej niedzieli. Pokój zwiastują aniołowie w noc Bożego Narodzenia. Bardzo gorąco życzę nam wszystkim, byśmy w nadchodzące święta doświadczyli autentycznej chrześcijańskiej miłości, radości i pokoju.

Advent Desert…

Tagi

,

Właśnie wróciłem z polskiego spotkania wigilijnego na które zaprosiła mnie polska wspólnota z Martinez w której od jakiegoś czasu posługuję. Bylo prawdziwie po polsku, jasełka, tradycyjne tańce ludowe w wykonaniu dzieci, lektura Ewangelii o Bożym Narodzeniu, opłatek, barszcz z uszkami, pierogi ruskie, ryba po grecku i śledzie.:) Kilka ciekawych rozmów, dobry czas…

Przed polską wigilią byłem w Benicia gdzie odprawiłem mszę i wygłosiłem kazanie w święto Matki Boskiej z Guadalupe. Tym razem byłem świadkiem świętowania w oprawie hiszpańskiej – piękne ludowe stroje, ludowa muzyka w wykonaniu prawdziwych mariachi. Historia objawienia Maryi w Guadalupe jest absolutnie niezwykła. To cud trwający od 1531 roku do dziś dnia.

Skończyłem pisać drugi rozdział pracy – to oczywiście pierwsza wersja, po przeczytaniu której widzę jak wiele jeszcze pracy mnie czeka aby doprowadzić ten tekst do stanu „używalności”:) – ale zawsze to już coś. Pierwszy rozdział jest w korekcie językowej u o. Reginalda – przeora klasztoru w którym mieszkam.

Ukazała się publikacja po internetowej konferencji naukowej, w której wziąłem udział w listopadzie. Opublikowano w niej mój artykuł zatytułowany An Aristotelian Account of Evolution and the Contemporary Philosophy of Biology na temat teorii ewolucji biologicznej i filozofii Arystotelesa. Cała publikacja dostępna jest TUTAJ. Mój artykuł dostępny jest także na moim profilu na ACADEMIA.EDU.

Już jutro wieczorem jadę do Benicia na tygodniowe rekolekcje własne. Czuję, że bardzo potrzebuję tego czasu. Z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że będzie on wymagający. Ale z nadzieją i wiarą podejmuję wyzwanie i dar tego czasu.

I jeszcze moje ROZWAŻANIE NA DRUGĄ NIEDZIELĘ ADWENTU:

Druga niedziela adwentu jest niedzielą Jana Chrzciciela. Liturgia Słowa jest pełna symboli, w które warto się wsłuchać, nad którymi trzeba się zatrzymać.

Słysząc ewangelię o Janie Chrzcicielu zwykle koncentrujemy się na jego osobie. Warto jednak zacząć od tych, którzy do niego przychodzą, którzy go słuchają. To lud Izraela, który jest głodny łaski Bożej, ludzie oczekujący zbawienia, ludzie czekający na nadejście Mesjasza, ludzie utrudzeni całymi wiekami walki o swoją tożsamość, mieszkańcy okupowanego kraju, który wielokrotnie przechodził z rąk do rąk.

Wydarzenia ostatnich stuleci przed wystąpieniem Jana Chrzciciela były dramatyczne. Zbezczeszczenie świątyni przez Greków 168 p.n.e. (Antioch IV Epifanes). Kilka lat walki Machabeuszy o obronę godności i wiary, męczeńska śmierć wielu z nich. Oczyszczenie świątyni. Czas umiarkowanego pokoju. Wreszcie Pompejusz zdobywa Jerozolimę w 63 r. p.n.e. Palestyna staje się kolonią rzymską.

Pytania nurtujące serca wielu głęboko wierzących Izraelitów nie dają im spokoju: gdzie jest Pan Bóg? Gdzie podziała się dawna potęga Izraela? Dlaczego nie ma proroków na wzór dawnych proroków przemawiających z mocą? Kiedy przyjdzie Mesjasz? Kim będzie? Co uczyni?

Wielu Izraelitów to ludzie wielkiego pragnienia, wielkiego oczekiwania, to ludzie czuwający, wyczekujący. To właśnie świadomie przeżywana tęsknota za zbawieniem, prawdziwym szczęściem, pokojem, spełnieniem nadziei pozwala im zauważyć Jana Chrzciciela, proroka na miarę wielkich proroków dawnych czasów. Nawet jeśli wielu innych poszło na ugodę z rzymianami, nawet wielu innych przychodząc do Jana kierowało się zwykłą ciekawością, u podstaw jego popularności leży postawa serca tych, którzy prawdziwie tęsknią za zbawieniem.

Kogo widzą w Janie Chrzcicielu? Nowego Eliasza! Eliasz był jednym z największych proroków ST słynącym z niezwykłej gorliwości i radykalizmu, znaków i wielkich mów prorockich. Jan także jest niezwykle radykalny w swoich słowach, czynach i w sposobie bycia (skromny ubiór, radykalnie ascetyczne życie). Cała jego osoba i misja są wielkim znakiem Bożej obecności.

W tym kontekście musimy zadać pytanie o to jakie jest nasze oczekiwanie? Jakie jest nasze pragnienie? Czy jest w nas jeszcze tęsknota za pełnią zbawienia, za pełnią szczęścia, za prawdą? Tęsknota, która ożywiała serca Izraelitów?

Żyjemy w świecie dobrobytu, w którym miarą szczęścia jest przewidywalna rzeczywistość i spełnienie wszelkich zachcianek materialnych. Postawa, w której dawno przekroczyliśmy wszelką miarę tego, co konieczne i niezbywalne do życia.

Świat skupia się dziś na zaspokojeniu potrzeb materialnych, tych prawdziwych i sztucznie wyprodukowanych przez naszą konsumpcyjną kulturę (nikt z nas nie jest od tego wolny, klasztor i życie zakonne nie chronią przed tą postawą tak jak dawniej).

Jako Chrześcijanie próbujemy ze wszystkich sił ocalić perspektywę wiary. Próbujemy udowodnić (przed sobą samym i przed innymi), że życie duchowe jest czymś realnym.

Nie jest nam łatwo. To takie niedzisiejsze, bo wymaga posłuszeństwa, pokory, realnego zaangażowania, uznania istnienia obiektywnej prawdy, która nieraz idzie w poprzek temu, co mówi świat. To niepopularne, bo wymaga odrzucenia wolności rozumianej jako prawo do robienia wszystkiego na co mamy ochotę, wymaga sprzeciwu wobec dyktatu fałszywie rozumianej tolerancji, która jest gotowa poważyć wzelkie wartości.

To napięcie jest źródłem ogromnego zmagania i zmęczenia, które rodzi dwie pokusy: 1) pokusę ucieczki, rezygnacji i poddania się – go with the flow, jak mówią Amerykanie – płyń z prądem – rób tak jak robią inni a nikt nie będzie miał żadnych wątpliwości czy pretensji; 2) pokusę zredukowania przestrzeni wiary do rytuału, do praktyk, za którymi nie stoi pogłębiona refleksja – fasada wygląda ok, ale nie chcemy iść w głąb, bo to wymaga.

Chciałbym dziś wołać z mocą Jana Chrzciciela – nie poddawajmy się! Nie dajmy sobie wmówić, że jesteśmy gatunkiem wymierającym, że jesteśmy dinozaurami, bo wierzymy w realność rzeczywistości życia duchowego! Miejmy odwagę pragnąć czegoś więcej niż zaspokojenia materialnych zachcianek i powierzchownych relacji miłości i przyjaźni! Miejmy odwagę pragnąć zbawienia! Pokoju, który jest nie tyle brakiem wojny, co głęboką harmonią tego, co cielesne i duchowe! Miejmy odwagę pragnienia czystej miłości, która będzie trwała i silna w ogniu doświadczeń! Szczęścia, które płynie z przyjaźni i bliskości z Panem Bogiem i z drugim człowiekiem – szczęścia, które będzie w stanie przetrwać najtrudniejsze próby.

Miejmy odwagę pragnąć głębokiego życia duchowego! Głębokiej regularnej i wiernej modlitwy! Studiowania prawd wiary! Zaangażowania w budowanie wspólnoty Kościoła, realnego udziału w życiu Kościoła! Regularnego korzystania z sakramentów Kościoła! Miejmy odwagę pragnąć rzeczy wielkich!

Tylko zgoda na tęsknotę i pragnienie – pragnienie pełni i zbawienia – sprawi, że będziemy ludźmi czuwającymi – sprawi, że będziemy mieli odwagę wyjść na pustynię w poszukiwaniu pełni – tak jak Izraelici.

Początkiem Ewangelii jest „głos wołającego na pustyni”. Trzeba wołać, bo znękany świat przestał czekać, bo już się niczego nie spodziewa. W środku bogatego świata człowiek doświadcza jałowej ziemi pustyni. Kto go pocieszy? (Wojciech Czwichocki OP)

Pustynia naszego życia przestaje być jałowa, kiedy mamy odwagę pragnąć pełni, pragnąć zbawienia! Wówczas nasza pustynia staje się pustynią adwentu, oczekiwania!

A pustynia adwentu nie jest pustynią wielkiego postu. Nie jest miejscem zmagania duchowego i pokusy, miejscem, w którym doświadczamy głodu i pragnienia. W sercu pustyni adwentu płynie życiodajna rzeka Jordan.

Aby zrozumieć symbolikę pustyni adwentu trzeba wrócić do Starego Testamentu. Kiedy po 40 latach wędrówki przez pustynię Izraelici stanęli u progu ziemi obiecanej, ostatnią przeszkodą była rzeka Jordan. To rzeka, do której wchodzą a ona ich nie pochłania, symbol Bożej mocy i Bożej obecności.

Jan Chrzciciel – ostatni prorok ST, ten, który przemawia w duchu i mocy Eliasza staje nad Jordanem, aby raz jeszcze wprowadzić do niego ludzi tęsknoty – tęsknoty za zbawieniem, za pełnią, za nawróceniem, za przemianą życia, za prawdziwą miłością, za prawdziwym szczęściem.

Tym razem rzeka Jordan otwiera nie tyle bramę do ziemi obiecanej, co bramę nieba, przygotowując serca Izraelitów na przyjęcie Jezusa – tego, który ma moc wprowadzić nas do nieba.

Pustynia Jana Chrzciciela i Izraelitów, którzy do niego przychodzą, jest więc dla nas ważnym znakiem, symbolem i zaproszeniem. Jednocześnie, różni się znacząco od naszej pustyni adwentowej. Jan Chrzciciel chrzcił wodą, słuchał wyznania grzechów, których nie mógł odpuszczać. Po nim przychodzi Jezus, który chrzci Duchem Świętym i ma moc odpuszczania grzechów.

Pustynia naszego adwentu, jest pustynią, w której sercu płyną wody naszego chrztu, wody, które przypominają nam o naszej godności i tożsamości chrześcijańskiej, tożsamości ludzi wiary, nadziei i miłości. Pustynia naszego adwentu to miejsce, w którym wyznając nasze grzechy w sakramencie pokuty spotykamy Jezusa, który ma moc je odpuścić.

Pustynia Jana Chrzciciela, to pustynia nowej zapowiedzi – zapowiedzi nadejścia Mesjasza, pustynia przygotowująca Izraelitów na przyjście Jezusa. Pustynia naszego adwentu – to pustynia , na której spotykamy samego Jezusa. To pustynia na której On sam staje się naszym spełnieniem.

W naszych życzeniach Bożonarodzeniowych często życzymy sobie nawzajem, aby Chrystus narodził się w naszych sercach. To życzenie spełnia się jedynie wtedy, gdy mamy odwagę tęsknić i pragnąć pełni i zbawienia – tęsknić i pragnąć czegoś więcej niż tylko zaspokojenia potrzeb materialnych, nowych przedmiotów i gadżetów.

To pragnienie rodzi postawę czujności i oczekiwania, o której słyszeliśmy w pierwszą niedzielę adwentu. To oczekiwanie wyprowadza nas na pustynię adwentu, na której płyną wody naszego chrztu, na której spotykamy Jezusa, który ma moc odpuścić nasze grzechy i zaspokoić nasze pragnienie i tęsknotę.

Jan Chrzciciel woła dziś Przygotujcie drogę Panu, Jemu prostujcie ścieżki. Wypełnieniem tego polecenia jest wzbudzenie w sercu duchowego pragnienia pełni i zbawienia. Czy mam odwagę wzbudzić w sobie to pragnienie?

The great enemy of the contemplative life…

Ponieważ natura nie musi dostarczać żadnych predyspozycji do życia konemplacyjnego, największe przeszkody na drodze kontemplacji nie mają swojego źródła w naszej naturze. Przeszkody, które rodzą się w nas nie znajdują się na tej samej płaszczyźnie co nasze życie kontemplacyjne. Naszym prawdziwym wrogiem jest Szatan; będąc w pełni duchem, jest na tym samym poziomie co nasza kontemplacja.

Bardzo łatwo zorientować się, że diabeł stara się zasiać kłopoty zwłaszcza w klasztorach. Pomimo tego, że stracił miłość daną mu w stworzeniu, nie stracił inteligencji i jest bardzo dobrze świadomy strategicznych punktów Kościoła. Zostawia swoim poplecznikom zadanie szerzenia w świecie różnych form grzesznego pożądania i nękania nimi dusz; sam bierze jednak osobistą odpowiedzialność za trudniejsze cele – mianowicie, osoby żyjące życiem kontemplacyjnym. Staje się ich osobistym wrogiem, zwłaszcza tych, którzy powierzyli się Błogosławionej Dziewicy. (…)

I tak jak klasztory są miejscami specjalnej obecności Boga, tak też są miejscami specjalnej obecności diabła, dlatego zresztą Kościół święci klasztory. (…)

Antidotum jest bardzo proste. Powinniśmy zawsze strać się wracać w pokorze do przestrzeni obecności Pana i do jego pokoju. Powinniśmy naśladować przykład świętych nie strając się szukać sposobów lekceważenia diabła, czy nawet przyglądać się pokusie. Przebywając na tym poziomie jesteśmy w niebezpieczeństwie bycia pokonanym: „Szatan jest godnym podziwu dialektykiem.” (…) Nie powinniśmy nigdy z nim pogrywać, czy nawet go znieważać. To może być subtelna pokusa, bardzo niebezpieczna, jako że diabeł jest inteligentny i potężny.

Jeden z bohaterów Byrona pyta Szatana, „Czy jesteś dobry?” „Jestem piękny,” pada odpowiedź. Diabeł nie jest z pewnością dobry, ale jest piękny, i to może nas zwieść. Dzieci Błogosławionej Dziewicy nie powinny postępować jak dzieci Ewy: powinny powstrzymać się od ciekawości i nie pogrywać z Szatanem. Powinny raczej naśladować wiarę, posłuszeństwo i pokorę Maryi.

Thomas Philippe, The Contemplative Life

To już ostatni fragment z książki Thomassa Philippe. Jak zwykle bardzo wymagający. Jak wielkiej ostrożności i uwagi potrzeba aby zachować w swercu dar łaski uświęcającej i dobrze przeżyć życie zakonne i życie w ogóle. Potrzeba wielkiej czujności. I właśnie od zaproszenia i wezwania do czujności zaczyna się tegoroczny adwent. Oto moje niedzielne kazanie a w nim rozwarznie na temat charakteru tego okresu liturgicznego:

CZUWAJCIE!!!

Zaczynamy dziś nowy rok liturgiczny. Nie bez znaczenia jest to, że zaczyna się on ponad miesiąc przed początkiem roku kalendarzowego. Ten fakt przypomina nam o tym, jako chrześcijanie rozróżniamy dwie miary czasu.

Jest czas fizyczny, ziemski, chronos, wyznaczany miarą ruchu i zmian, które obserwujemy w nas, wokół nas, na niebie i na ziemi, czas mierzony w minutach, godzinach, dniach miesiącach, latach…

Jest też czas Boski, kairos, czas Bożej obecności, Bożego nawiedzenia, Bożej łaski, czas święty, którego miarę wyznaczają wydarzenia zbawcze w całej historii zbawienia, także w mojej osobistej historii zbawienia.

Słowo kairos występuje w NT aż 86 razy. Oznacza zawsze niepowtarzalną okazję, czas właściwy, dogodny, stosowny. Kairos dotyczy zawsze istotnych wydarzeń w historii zbawienia. Pierwsze słowa z ust Jezusa w Ewangelii Marka, to słowa mówiące o nadejściu kairos, Bożego czasu: Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię. (Mk 1,15)

To, że nowy rok liturgiczny zaczynamy dziś, na miesiąc przed nowym rokiem kalendarzowym przypomina nam, że Boży czas kairos, z jednej strony wpisuje się w ziemski czas chronos, a z drugiej strony biegnie swoim własnym rytmem, rządzi się innym prawem, prawem woli samego Pana Boga, który wkracza w historię człowieka, w historię każdego z nas.

A zatem rozpoczynamy nowy rok naszego życia wiarą. Jest nowe otwarcie, nowy początek. Jak na tej fakt spojrzeć? Jak do niego podejść? Jak się zachować? Czego się spodziewać?

Nie bez przyczyny początek nowego roku liturgicznego jest zarazem początkiem adwentu. Charakter tego okresu liturgicznego pomaga nam przyjąć właściwą postawę. Warto więc zatrzymać się na chwilę i spróbować zrozumieć treść i wymowę okresu adwentu.

Przede wszystkim, nie jest to Wielki Post. W naszej Polskiej tradycji, przez lata postrzegano adwent jako kolejny okres pokuty i umartwienia, zachęcano nas do robienia postanowień adwentowych na wzór postanowień wielkopostnych. Tymczasem te dwa okresy liturgiczne mają zupełnie inną wymowę.

Wielki Post rozpoczyna się zachętą do modlitwy, postu i jałmużny. Te praktyki mają nas przede wszystkim otwierać na kontemplowanie tajemnicy śmierci i zmartwychwstania Pana Jezusa, oraz pomóc nam przyjąć dar zbawienia, otworzyć nasze serca na tę łaskę. Dzieło nawrócenia w Wielkim Poście (spowiedź) dokonuje się poprzez przyjęcie daru zbawienia.

Adwent ma zupełnie inny wydźwięk. Zachęta adwentowa jest inna. To nie zachęta do postu, modlitwy i jałmużny, ale do czujności. Pan Jezus powtarza dziś dwukrotnie: czuwajcie!!! Czuwanie jest postawą aktywną w obliczu czegoś, co ma nadejść, co jest pewną niewiadomą, co wymaga przygotowania.

Dlatego też dzieło nawrócenia w adwencie wymaga więcej aktywności po naszej stronie – to przygotowanie serca na nadejście czasu Bożego nawiedzenia, Bożego czasu kairos. Takie będzie też przesłanie Jana Chrzciciela – prostujcie ścieżki dla Pana Boga w waszym życiu – to znaczy czuwajcie i czynnie angażujcie się w przygotowanie na nadejście Boga.

Zauważmy, że w centrum Wielkiego Postu i Wielkanocy jest osoba Jezusa, którego znamy, który dał się poznać przez swoje nauczanie, przez swoje cuda, słowa, gesty i czyny, który oddaje teraz za nas życie i zmartwychwstaje, którego trzeba nam kontemplować.

W centrum adwentu i Bożego Narodzenia jest Bóg, którego nie znamy, którego nadejście jest niespodziewane (stąd dwa pierwsze tygodnie adwentu koncentrują się na paruzji), Bóg, który zaskakuje. Bóg, który daje się poznać w niemowlęciu, po którym nie wiemy czego się spodziewać. Niespodziewane są okoliczności Jego poczęcia, narodzenia, niespodziewani goście, którzy Go odwiedzają, niespodziewane zjawiska na niebie, niespodziewany koncert aniołów, niespodziewana gra ciemności i światła. Dlatego potrzeba czujności!!!

A zatem początek nowego roku liturgicznego i najbliższe kilka tygodni adwentu to zapowiedź nowego otwarcia i nowej obecności Pana Boga w naszym życiu, które wymaga od nas postawy czuwania i oczekiwania.

Czy w moim życiu wiary jeszcze się czegoś spodziewam? Czy jestem otwarty na to by Pan Bóg mnie zaskoczył? Czy moja postawa jest postawą człowieka czuwającego? Czy staram się dostrzegać w codzienności momenty Bożego kairos, Bożego nawiedzenia, szczególnego działania łaski Boga w moim życiu – w przeróżnych wydarzeniach, spotkaniach, na modlitwie, w sakramentach?

Czas adwentu i Bożego Narodzenia to nie tylko czas prezentów i niespodzianek od najbliższych i przyjaciół. Pan Bóg ma dla każdego z nas niepowtarzalny prezent. On daje nam siebie samego. Czyni to niespodziewanie, na wiele różnych sposobów. Aby ten prezent od Boga przyjąć potrzeba czujności w życiu duchowym, aktywnej czujności, która jest prostowaniem ścieżek mojego życia, która jest autentycznym nawróceniem.

Wracając do pojęcia Boskiego czasu kairos, bardzo często gdy w Nowym Testamencie jest mowa o kairos, pojawia się także ostrzeżenie, aby nie zmarnować szansy Bożego nawiedzenia, daru łaski. Przypomnienie, że dar Bożej obecności, Bożego kairos, zobowiązuje.

Wobec tego życzę szczęśliwego nowego roku:) i przypominam: Czuwajmy!!! Pan Bóg jest blisko i chce na nowo wkroczyć w życie każdej i każdego z nas!!!

Study in the Dominican life…

Studium jest absolutnie niezbędne dla apostołów, im bardziej są kontemplatykami, tym lepszymi powinni być teologami. W przypadku świętego kaznodziejstwa, życie w bliskiej jedności z Bogiem nie zastępuje studiowania teologii, przeciwnie, jeszcze bardziej potęguje jej konieczność. (…)

Wielkość teologii przejawia się między innymi w tym, że pozwala apostołowi „obiektywizować” i „uniwersalizować” jego własną kontemplację. Pozwala mu przedstawiać „tajemnice” Boga w sposób dyskretny, tak by mogły się one stać pokarmem dla dusz, niezależnie od dróg, którymi Bóg je prowadzi. (…)

Studium jest także barierą lub raczej buforem pomiędzy światem i życiem wewnętrznym. Oczyszcza ducha z poruszeń i niepokoju rodzącego się w zetknięciu ze światem, pomagając odnowić dyspozycję do kontemplacji. (…)

Aby odnieść korzyść ze studiowania teologii, musimy mieć do niej właściwe podejście. To może być trudne ze wzgledu na to, że teologia jest dziełem umysłu, rodzajem bogactwa. Ponieważ jest tak blisko Boga, łatwo jest się do niego przywiązać. Dzieje się tak dlatego, że im bliżej Boga są nasze ludzkie dobra, tym większe niebezpieczeństwo przywiązania się do nich (tak jak w przypadku przyjaźni, które mają nadprzyrodzony charakter). Teologia jest rodzajem bogactwa gdyż czyni z nas „mistrzów”. To jest w zasadzie zadaniem każdej dyscypliny intelektualnej – czynić z nas „mistrzów” przez posiadanie habitus [tu – dobry nawyk]. I tu kryje się wielka wartość teologii, jak również jej niebezpieczeństwo dla kontemplatyków, ponieważ nie uczy nas ona jak stawać się małymi dziećmi czy umiłowanymi [oblubienicami] Ducha Świętego. Są mistrzowie teologii, którzy nie są mistrzami modlitwy! Jednocześnie to właśnie teologia uczy nas umiłowania prostoty modlitwy, chociażby przez kontrast…

Thomas Philippe, The Contemplative Life

Cóż, w świetle powyższych słów Philippe, pozostaje tylko mieć nadzieję, że każda godzina, każdy dzień, tydzień, miesiąc… spędzony na studium  – ma sens

W najbliższy czwartek – święto indyka – to jest święto dziękczynienia.:) Za tydzień nowy rok kościelny. Chciałem powiedzieć, że czas biegnie nieubłaganie, ale w świetle ostatniego wykładu z filozofii przyrody, którego jestem słuchaczem, i w świetle naszych lektur i rozważań nad istotą czasu, wypada raczej powiedzieć za Arystotelesem, że to my biegniemy nieustannie i to jest źródłem czasu rozumianego jako miara (liczba) ruchu ze względu na „przed” i „po”. Bo bez ruchu czas nie mógłby istnieć… Bardzo dużo wyniosłem z tego wykładu Michaela Dodds’a i bardzo chciałbym wykładać filozofię przyrody w przyszłości.

Pisanie doktoratu idzie w miarę dobrze. Są wzloty i upadki, momenty euforii i niepewności, czy to, co piszę złoży się w jedną spójną całość. Momenty radości ze stawania się „mistrzem” w swojej dziedzinie i momenty upokorzenia wobec ogromu wiedzy, której nie sposób ogarnąć… Ale to chyba jest źródłem dynamiki życia akademickiego i poszukiwania Prawdy.

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 477 obserwujących.