Czyż nie do bojowania podobny byt człowieka? Czy nie pędzi on dni jak najemnik? Jak niewolnik, co wzdycha do cienia, jak robotnik, co czeka zapłaty. Zyskałem miesiące męczarni, przeznaczono mi noce udręki. Położę się, mówiąc do siebie: Kiedyż zaświta i wstanę? Lecz noc wiecznością się staje i boleść mną targa do zmroku. Czas leci jak tkackie czółenko i przemija bez nadziei. Wspomnij, że dni me jak powiew. Ponownie oko me szczęścia nie zazna. (Hi 7,1-4. 6-7)

Trudno o głębszą i bardziej przejmującą refleksję nad ludzką dolą i niedolą w PŚ od tej, którą znajdujemy w księgach mądrościowych, a zwłaszcza w księdze Hioba.

I choć prawdziwym nieszczęśnikiem staje się ten, dla kogo takie spojrzenie na życie, którego wyraz znajdujemy w dzisiejszym pierwszym czytaniu, staje się stałym sposobem bycia i myślenia – nie da się ukryć, że na każdego z nas przychodzą chwile i doświadczenia, w których myślimy, że do bojowania podobny byt człowieka… że noc wiecznością się staje i boleść nami targa do zmroku, że nasz czas leci jak tkackie czółenko i przemija bez nadziei, że dni nasze jak powiew, a oko nasze nie zazna już szczęścia…

Obraz Jezusa, który wyłania się z dzisiejszej Ewangelii to obraz Jezusa pochylającego się nad naszą ludzką niedolą i słabością. Obraz Jezusa, do którego ludzie przynoszą wszystkich chorych i opętanych. On ich uzdrawia i uwalnia od złych duchów. To obraz masowych cudów i uzdrowień na który spoglądamy… no właśnie jak? Z tęsknotą, a może z niedowierzaniem?

Jak było naprawdę? Czy Jezus rzeczywiście uzdrawiał całe rzesze? Czy uzdrowił wszystkich, którzy do niego przychodzili? Czy to trwale zmieniło ich życie? Czy uwierzyli w Jezusa? Czemu dziś nie dzieją się takie rzeczy?

A może jest tak, że ważniejsza od wszelkich cudów i uzdrowień Jezusa była Jego nocna modlitwa na pustyni do Ojca. Być może mówił wtedy Bogu Ojcu o tych, którzy nie przyszli do niego z powodu niewiary i nieufności, o tych, których ciało uzdrowił – widząc jednocześnie chorobę ich duszy i towarzyszący jej brak woli nawrócenia, być może mówił Bogu Ojcu o bólu, cierpieniu i płaczu całej ziemi – wszystkich tych, którzy fizycznie nie mogli do niego przyjść?

Jedna z największych tajemnic – jeden z największych paradoksów naszej wiary i osoby Jezusa polega na tym, że będąc na ziemi, objawiając swoją Boską moc Jezus uzdrowił tylko niektórych – natomiast przyjmując ludzką słabość i cierpienie – Jezus stał się przyjacielem wszystkich.

To właśnie w tajemnicy śmierci i zmartwychwstania – a nie cudów i uzdrowień – Jezus staje się prawdziwie – mówiąc słowami św. Pawła – wszystkim dla wszystkich.

Jezus pragnie nie tyle usunąć nasze cierpienie, co wziąć na siebie nasze słabości i nosić nasze choroby – jak mówi cytat z Mt 8,17 (por. Iz 53,4) w wersecie przed ewangelią: Jezus wziął na siebie nasze słabości i nosił nasze choroby.

Czyni to dlatego, że w ten sposób rodzi się między nim a każdym z nas więź przyjaźni, relacja miłości, relacja która pozwala nam przyjąć Jego łaskę w prawdziwej wolności, relacja otwierająca nas na perspektywę nawrócenia, drogę do świętości.

Warto dziś zapytać samego siebie… W jaki sposób patrzę na Jezusa? Czego od niego oczekuję? Czy nie jest tak, że często widzę w nim głównie cudotwórcę, który ma moc uzdrowić moje ciało? Czy nie jest tak, że widzę w nim Boga, do którego biegnę tylko w potrzebie (jak trwoga to do Boga)? Czy nie jest tak, że mam przed oczyma jedynie obraz spektakularnych i cudownych uzdrowień?

Trzeba abyśmy zobaczyli w tej Ewangelii także Jezusa modlącego się nocą na pustyni do Ojca. Jezusa, który przynosi Ojcu każdą i każdego z nas prosząc byśmy mieli odwagę stać się Jego przyjaciółmi, abyśmy weszli na drogę nawrócenia i przemiany serca.

Tydzień temu mówiłem, że w Eucharystii (i pozostałych sakramentach Kościoła) – tu i teraz – objawia się ta sama moc Jezusa, która uzdrawiała chorych i uwalniała ich od złych duchów.

Dziś pragnę dodać, że jednocześnie, w Eucharystii – tu i teraz – Jezus przyjmuje w pokorze nasze cierpienie, ból i słabość – to cierpienie, które jest nieuzdrowione i rodzi łzy – Jezus przyjmuje je na siebie i przemienia swoją miłością stając się przyjacielem wszystkich.

——–

Jak skończyła się historia Hioba? Każdy z nas pamięta o tym, że Pan Bóg przywrócił go do poprzedniego stanu powiększając dwukrotnie jego majątek.

Mało kto pamięta o tym, że zanim to się stało, Hiob, w samym środku swego bólu, cierpienia, płaczu i lamentu, złamany i udręczony, odkrywa w swoim życiu obecność Pana Boga w sposób, który nieskończenie przekracza to, co wcześniej o Bogu wiedział i co o nim myślał.

W samym sercu bólu i cierpienia Hiob staje się prawdziwym przyjacielem Boga, i mówi: Dotąd Cię znałem ze słyszenia, teraz ujrzało Cię moje oko. (Hi 42,5)

Tego samego pragnie dla nas Bóg, biorąc na siebie nasze cierpienie w Jezusie, w czasie każdej Eucharystii.